Wiem, że i tak rzadko dodaję wpisy, a jak już to jakieś pseudo filozoficzne wywody.
W ostatnim czasie bardzo zastanawiam się nad kwestią mej wiary. Swoją drogą, chyba utraconą już dawno temu... Bardzo chciałabym się jakoś określić, i chyba teraz wiem jak.
Agnostyk. Osoba, która uważa, że nie da się całkowicie poznać otaczającej rzeczywistości. Nie tylko w sprawach wiary w Boga/bogów ale całego wszechświata.
Bo właśnie ja tak się czuję. Chciałabym jakiś namacalnych dowodów w pewnych kwestiach, a ich po prostu nie ma. Nie umiem już wierzyć, że ten Bóg gdzieś tam istnieje. Wewnątrz czuję, że Go nie ma, a z drugiej strony narzucane jest mi przez środowisko, że gdzieś tam jest i stworzył świat i ludzi.
Więc podstawowe pytanie dla kogoś kto wierzy.
Kim właściwie jest Bóg?
Personalnie, dla każdego kimś innym, czy może to ten stary facet z brodą...?
Zdaje się, że jestem dobrym człowiekiem, mam zasady, których przestrzegam, mimo tego, że nie chodzę do kościoła i nie modlę się gorliwie rano i wieczorem.
Jestem ulepiona z tej samej gliny co każdy człowiek na świecie, więc dlaczego mam być przestrzegana przez pryzmat wiary? Szanuję to, że ktoś chodzi do kościoła, ale z drugiej strony nie obchodzi mnie to. To kwestia indywidualna.
Dodatkowo idea spowiedzi. Tak strasznie tego nie lubię... Wiadomo, że większość chodzących do spowiedzi nie przyznaje się do wszystkich grzechów. To jest coś tak intymnego i prywatnego, że według mnie tylko szczera modlitwa i przyznanie się do wszystkich grzechów przed samym sobą i tym Bogiem, który gdzieś tam ewentualnie jest i słucha, jest ważna i oczyszczająca.
Kolejna kwestia, to to, że w jaki sposób księża, którzy muszą żyć w celibacie mogą "promować" życie rodzinne, posiadanie żony, męża, i dzieci... Skąd on ma o tym wiedzieć?
Dobra, tyle chyba, bo i tak wpis jest długaśny i na zupełnie odmienny temat. Choć w sumie nie. Nadal przecież jest o mnie.
-
rockowadziewczyna:
-
Graviora:
Pokaż wszystkie (2) ›